poniedziałek, 17 października 2016

Dżejkop jest wojownikiem!


"My to wszystko wiemy, że trzeba być uprzejmym, jednak małe dzieci robią to tak szczerze, słodko. I tyle różnych rzeczy chcemy nauczyć nasze maleństwa, a tak WIELE my możemy nauczyć się od nich "


Nie czytam książek opisujących zmagania z chorobą, nie oglądam programów o dzieciach dotkniętych różnymi schorzeniami. Nie jestem dość silna, przeraża mnie świadomość, że los nie oszczędza nawettych najbardziej niewinnych. Moja pomoc ogranicza się do wysyłania smsów na rzecz fundacji zajmujących się pomocą dla tych najbardziej potrzebujących. Gdyby nie moja współpraca z księgarnią internetowa Lovebooks.pl nigdy bym nie poznała historii Kubusia, imiennika mojego synka. Otrzymałam od nich fragment książki napisanej przez między innymi Wiolę- mamę małego Jakuba i przewyłam (bo inaczej tego ująć nie można) całe 18 stron tej historii. Ku mojemu zdziwieniu do zamówienia złożonego w sklepie, została dołączona niepozorna książeczka pt. „Jak internet ratował Kubę". Jako że wiedziałam czego mam się spodziewać, nie śpieszyło mi się do niej... powiecie- znieczulica... ja powiem STRACH.


Pierwszy raz autentycznie bałam się książki, a konkretnie tego, czego mnie ona nauczy. KAŻDA matka przeżyje opowieść Wioletty, tak jakby dotyczyła ona jej i jej dziecka. Nie można inaczej. Nie mamy tu wyszukanego słownictwa, fabuła jest równie przewidywalna, jak życie. Bohaterowie? Tutaj sprawa się nieco komplikuje... mamy bowiem Wiolettę — matkę jakich wiele, kocha swoje dziecko, które jest dla niej całym światem, jednak nawet pomimo tego, że ona jest całym światem dla swojego ukochanego dziecka, nie potrafi ulżyć mu w bólu, ta bezsilność wykańcza. Jest również tata- Grzesiek ostoja, opoka powinien być Piotrem... gdyby nie on Wiola nie przetrwałaby tych wszystkich walk, które zesłał jej los. Ostatnim z bohaterem, tym dzięki któremu ta historia ma szansę zakończyć się happy endem, jesteś Ty! Tak Ty internauto! Ty i Tobie podobni ludzie, którzy nie zignorowali apelu zrozpaczonej matki, ludzie, którzy mieli odwagę oddać swoje ciężko zarobione pieniądze, dla które dziecka było im zupełnie obce!



Gdybym miała recenzować tę książkę, tak jak każdą inną przeczytaną przeze mnie napisałabym, że fabułą porywa i gna jak szalona, nie daje czytelnikowi odetchnąć, nie daje spać. Mówią, że „życie pisze najlepsze scenariusze”, po przeczytaniu „Jak internet ratował Kubę” wszystkie przeczytanie wcześniej „wzruszające historie” zostaną wyparte z Twojego umysłu i mogę zagwarantować, że będziesz o niej myślał, drogi czytelniku, jeszcze długo po jej przeczytaniu.



Wiola opisuje w swojej książce nie tylko lęki i radości, które odczuwała podczas walki Kuby z rakiem. Opisuje, jak dzięki pomocy obcych ludzi jej największy skarb dostał szansę na życie. Większą część publikacji stanowią mejle i wiadomości od osób, które spotkały się z jej apelem. Poza tymi pozytywnymi, pełnymi słów otuchy i ciepła, zdarzały się również wiadomości pełne zawiści i niedowierzania...



Jakim trzeba być człowiekiem, żeby po wejściu na stronę i przeczytaniu relacji mamy małego wojownika, wątpić w jego historię? A co tam wątpić! Jak można zrozpaczonej matce, zadać pytanie „czy Kubuś jest prawdziwy?"... Nie rozumiem, nie ogarniam, nie pojmuję!



Jako matka jestem w stanie sobie wyobrazić ból i determinacje Wioletty, jednak jestem świadoma tego, że rzeczywistość jest o wiele gorsza i trudniejsza do zaakceptowania od moich wyobrażeń.



Ta opowieść zmienia człowieka, zmienia tak drastycznie, że ma się ochotę poruszyć niebo i ziemie chcąc odpokutować swoją dotychczasową bierność. Daje również nadzieję, której tak bardzo potrzebują rodzice innych chorych dzieci.


Więcej informacji o Kusiu i jego rodzicach znajdziecie na stronie http://www.okokuby.pl/ oraz na FB

Książkę możecie kupić tutaj.

6 komentarzy:

  1. Podziwiam rodziców za odwagę! O takich sprawach trzeba mówić wprost!
    Subiektywne Recenzje

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo mnie zainteresowałaś, zmobilizowałaś, aby sięgnąć po tę książkę, będę się za nią rozglądać. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Na pewno przeczytam, chociaż zdaję sobie sprawę, że to może być bolesne i dotkliwe. Mnie zawsze ruszały takie "nieprzyjemności", ale odkąd zostałam matką.. cóż, trafia mocniej.

    OdpowiedzUsuń
  4. Porusza mnie już sama recenzja. Aż boję się pomyśleć jak będzie podczas lektury, bo przeczytam na pewno.
    Nie mogę pojąć jak w tej sprawie mógł pojawić się hejt. W takich chwilach wątpię w ludzi. No ale na szczęście tych z otwartymi sercami było więcej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Już sama Twoja recenzja wywołuje ciarki na moim ciele. Koniecznie chcę to przeczytać!

    Pozdrawiam,
    Czytaninka

    OdpowiedzUsuń
  6. Też ją czytałam i potwierdzam - cudowna. Bardzo otwiera oczy, ale też przywraca wiarę w ludzi :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twoje odwiedziny. Skoro jesteś już tutaj, będzie mi miło jeżeli zostawisz po sobie komentarz :)